Od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie pisanie o czymś więcej
niż tylko stylizacjach na blogu. W końcu to mój kącik w Internecie. Swoją
drogą, swoją „karierę” blogerki zaczęłam w głębokiej podstawówce, gdy na topie
był Tenbit – ktoś z Was pamięta blogi pt. „ocena innych blogów” albo „obrazki
na zamówienie”? Ja słynęłam z mrocznego bloga, którego motywem przewodnim było „nikt
mnie nie rozumie”. Potem swoje 5 minut miały takie platformy jak mBlog czy
blogi na Onecie. Niestety, nigdy nie mogłam sobie pozwolić na luksus, jakim
było założenie płatnego bloga na Blog.pl (w przeciwieństwie do moich
rówieśników, nie miałam jeszcze komórki!). Dryfowałam więc między różnymi
platformami, pisząc tu i ówdzie na różne tematy i nawiązując znajomości –
niektóre trwają po dziś dzień. Wiele tekstów, które wtedy powstały, trzymam do
dziś w szufladzie i jest mi jakoś miło je co jakiś czas odgrzebywać, nawet
jeśli cały romantyzm w nich ujęty jest mi już obcy albo wydaje się nadmiernie
nadmuchany nastoletnimi humorami. Ale to jednak był kawał mojego życia.

Piszę o tym nie tylko ze względu na miłe wspomnienia, ale
także dlatego, że gdy pisałam blogi w podstawówce, a potem w gimnazjum, w ogóle
‘nie w modzie” i nie na miejscu było wstawianie zdjęć na bloga. Takie miejsca z
góry były przekreślane jako nieniosące ze sobą zbyt wiele – w „mojej paczce”
osób blogujących, a było nas kilkanaście, się pisało. I tylko, albo aż, tyle.
Wydaje mi się, że teraz blogi zatracają swoją treść ze względu na przeładowanie
zdjęciami i przez to oferują inspirujące, ale jednak tylko obrazki. Podobnie
zresztą jest z magazynami modowymi – nowe Harper’s Bazaar kupiłam z wielką
radością, zachwycona okładką, ale treść
mnie nie powaliła, jeśli nie rozczarowała (zwłaszcza artykuł o Anne Hathaway).
Z tego względu trochę przycichłam, a nawet gdy piszę i
dodaję posty, to – jak pewnie zauważyliście – zwykle są one dość rozbudowane.
Widocznie zamiłowanie do pisania wchodzi w krew i nie jest się go tak łatwo
pozbyć, nawet gdy opisywaną historią jest historia starego płaszcza czy innej
ciuchowej perełki (a co do pisania o ciuchach, to zapraszam Was do przeczytania
tu najnowszego numeru magazynu marki
Paese, w którym znajdziecie też mój krótki
artykuł nt. wiosennych trendów).
Na razie pozostanę pewnie przy luźnych przemyśleniach i w
wolnym czasie będę z zapałem czytać Styledigger, moje blogowe guru od pewnego
czasu. Zima zamroziła nie tylko moje stopy, ale i pomysły i zapał do pracy, mam
więc nadzieję, że gdy aura się nieco zmieni, to zmieni się i moje nastawienie.

Brakowało mi ostatnio inspiracji, więc podczas pewnego
wypadu do Galerii Kazimierz (co nie zdarza mi się często, jako, że nie
przepadam za zakupiami w galeriach. Wychodzę sfrustrowana, spocona,
rozczochrana i zmęczona, a zwykle i tak nic nie kupuję.), weszłam zupełnie
automatycznie do Empiku, przeglądając, co ciekawego wśród magazynów piszczy. Jako miłośniczka nie tylko dobrej lektury, ładnej oprawy,
ale i okazji, mój wzrok od razu przykuł magazyn (SLOW) i promocyjna paczka
najnowszego magazynu w połączeniu z numerem 1. Długo się wahałam, zastanawiając
się, czy coś to warte. Stwierdzając, że nie, wyszłam niezadowolona, ale zanim
zdążyłam – na szczęście! – wyjść z galerii, coś mi podpowiedziało, że warto
zainwestować te oszałamiające 17 zł (możecie się śmiać, ale dla studenki bez
pracy to majątek) i zobaczyć, co to jest to całe (SLOW).


To była moja najlepsza decyzja w ostatnim czasie. Jestem
oczarowana wszystkim – od papieru, na którym drukowany jest magazyn, poprzez
jego zawartość i szeroki wybór interesujących tematów aż po fakt, że nie jest
robiony na odczepsię. Wychodzi rzadko, ale czytać warto. Powoli szykuję się do
zakupu numerów archiwalnych i czekam na nową dawkę inspiracji. Zdecydowanie
zawężenie się tylko do tematyki modowej nie jest czymś, co zupełnie mi
odpowiada, ale w połączeniu z tematyką architektury, fotogragii czy diety
tworzy ciekawą mieszankę, z której można wyciągnąć coś więcej niż tylko „O,
ładne”. Teraz jestem na tropie jakiegoś magazynu dotyczącego dekoracji wnętrz
(katalog z Ikei przestał mi wystarczać). Znacie może jakieś ciekawe tytuły?
Pytam o gazety, bo tak ostatnio na fali czytania i zbierania różnych czasopism
stwierdziłam, że nic jednak nie zastąpi słowa pisanego i wydrukowanego
jednocześnie, do którego można wrócić w każdym momencie i jest zdecydowanie
bardziej przyjemne w odbiorze niż klikanie. Może jestem staroświecka, a może
trochę dorosłam – to już chyba zależy od perspektywy.
Takim optymistycznym akcentem kończę ten przydługi wywód i
zapraszam Was jeszcze na mojego
Facebooka, gdzie dzieje się nieco więcej i
możecie być bardziej na bieżąco z tym, co się u mnie dzieje (i u moich kotów).
Buziaki!
sequinshoes.pl leggins, C&A jumper